Václav R. Židek:  Mors z Pragi w styczniowej Wiśle


 




 „Nie opowiadaj! Na tą byś się gapil i gdyby nie była u morsów!“
 

 

 

Z kapitanem Januszem Tomaszewskim w Zatoce Praskiej na Wiśle


Start był punktualnie w południe


Główną trybuną był most Poniatowskiego – już tylko kilka metrów do celu

Benedykt Ryszawa i Wacław Zidek w celu

Oborski – Ryszawa – Zidek  po pływaniu
 

 

 

 

Wacław Zidek
 

Ponad 35 lat temu, prawie regularnie, jeździłem przed Bożym Narodzeniem wraz z żoną Elżbietą do jej rodziców, którzy mieszkali w Warszawie. Podobnie było w roku 1971. Tym razem było jednak trochę inaczej! Ja w Warszawie, prascy i inni pływacy w Wełtawie! Trochę mi było żal, że nie wezmę udziału w memoriale Alfreda Nikodema, założyciela praskiego „Klubu Morsów”. Wpadłem jednak na pomysł uczcić go tam, gdzie w tym czasie będę, to jest w Warszawie.
 
Zanim jednak wyjechałem z Pragi, poprosiłem trenera Oldrzicha Liszkę o zgodę. Nie był temu pomysłowi przeciwny i zgodził się. W Warszawie miałem jednak z pływaniem trochę kłopotów. Nie wiedziałem, jakie są w Polsce możliwości, jeżeli chodzi o pływanie amatorskie, jak i kiedy będę trenować i.t.d. Pierwszy raz popływałem sobie 18 grudnia  1971 roku w jeziorku Na hlinkách, w zatopionym dole po wydobyciu gliny. Jeszcze przedtem żona ostrzegała mnie, że hartowanie się nie jest w Polsce aż tak dobrze znane, i że bez „asysty“ policji to się nie obejdzie. No i miała rację!
Przywołany patrol polskiej policji nie okazał żadnego zrozumienia dla mojego hobby. To miało wpływ na liczbę widzów, których w ciągu chwili zebrało się wokół kamieniołomu kilkadziesiąt. Rozmowa ze stróżami porządku była dla mnie nieprzyjemna i niezrozumiała. Nie znali hartowania się i pływania zimą, nigdy nic o tym nie słyszeli. Jeden  uznał  moje poczynania  za nienormalne i mnie nazwał wariatem, przy czym stwierdził, że to, co ja robię, nie ma nic wspólnego ze sportem. Szczytem było, że za publiczne zgorszenie i za kąpiel w miejscu zabronionym ukarali mnie mandatem w wysokości stu złotych, którego zapłacenia odmówiłem.
 
Po tym zajściu z warszawską policją podzieliłem się  moim pomysłem przepłynięcia Wisły wpław w warunkach zimowych z redakcją polskiego tygodnika „Sportowiec“. Redakcja ta z nadzwyczajnym zainteresowaniem przejęła patronat nad całą akcją i bez długich namysłów zaprosiła do współpracy redakcje dzienników „Express Wieczorny“ i „Sztandar Młodych“, jak i też polską telewizję, i poprosiła Wodne Ochotnicze Pogowie Ratunkowe o zapewnienie bezpieczeństwa. Jego komendant kapitan Janusz Tomaszewski przydzielał mi na  każdy trening dwóch mężczyzn z łodzią jako eskortę. Podług warszawskich przepisów dotyczących rzek nie wolno było wstępować do wody poza wyznaczonymi kąpieliskami.
Na tydzień przed umówionym startem opublikowano w nadmienionych dziennikach wezwanie do polskich sportowców, ażeby wzięli udział w noworocznym pływaniu. Zgłosiło się ponad czterdziestu, ale po sprawdzianie sportowym i badaniach lekarskich pozostało tylko dwóch: trzydziestosiedmioletni Marek Oborski, mechanik telewizyjny i ochotniczy ratownik rzeczny, i osiemnastoletni uczeń technikum ekonomicznego Benedykt Ryszawa.
 
Nadszedł niecierpliwie oczekiwany dzień 1 stycznia 1972 roku! Czerwona rakieta rozpoczęła punktualnie w południe warszawską premierę noworocznego pływania w poprzek Wisły. Wszyscy trzej niedaleko plaży rekreacyjnej zanurzyliśmy się w fale trzy stopnie ciepłej Wisły, ażeby zostać pierwszymi, którzy ją przepłyną w warunkach zimowych. Flotyla łodzi zabezpieczających ruszyła wraz z nami pływakami w kierunku przeciwległego brzegu. Członkowie rzecznego pogotowia ratunkowego w łodziach wiosłowych ubrani byli w ciemnoniebieskie dresy z czerwonymi lampasami, na głowie mieli czapki koloru pomarańczowego. Za dwoma łodziami płynęła motorówka policji rzecznej, za nią parowiec „SMK-75“ z organizatorem i starterem kpt. Januszem Tomaszewskim na pokładzie.  Dystans całego pływania wynosił sześćset metrów. Płynęliśmy stylem klasycznym z głowami nad wodą, w układzie trójkąta, ja na przodzie, bo byłem gościem. Samochody i tramwaje na moście Poniatowskiego stanęły w tej chwili, tłumy stały przy samych poręczach. Kilka tysięcy, po nocy sylwestrowej niewyspanych warszawian, chciało zostać świadkami tej niecodziennej imprezy.
Kiedy po chwili spojrzałem wstecz, zobaczyłem, że polscy koledzy  nie dotrzymują tempa, w którym rozpoczęliśmy pływanie. Po kilku następnych metrach pozostali w tyle. Na chwilę przerwałem pływanie, ale prędko płynąca woda zaczęła mnie znosić. Ażeby mnie nie zniosła na kilkaset metrów od celu, musiałem dalej płynąć. Szybkimi ruchami ramion starałem się dopłynąć prosto do brzegu. Kiedy się znajdowałem pod mostem Poniatowskiego, zagrzmiał krzyk i brawa. Popłynąłem pod pierwszym łukiem mostu, wzdłuż chłodnej ściany nośnego filaru mostowego, zarośniętego śliską rzęsą wodną. Widzowie przenieśli się z jednej strony na drugą i kawałek dalej, już w porcie dla parowców, był cel naszego pływania. Nie udało mi się do niego dopłynąć, bo rwący prąd zniósł mnie o dziesięć metrów niżej.
Nie byłem jeszcze daleko od brzegu, kiedy udało mi się stanąć na kamieniach dna i utrzymując z dużym wysiłkiem równowagę doszedłem do brzegu. Dolna część brzegu była pusta, mogłem więc tylko pójść w towarzystwie fotoreporterów  do celu przy kamiennych schodach portu, gdzie oczekiwała mnie rodzina.
Na brzegach i na moście przez cały czas pozdrawiały nas tłumy widzów, przy huku zielonych rakiet, które strzelano z parowca dowódcy. Jako drugi przypłynął najmłodszy uczestnik Benedykt Ryszawa. Jako trzeci i ostatni dopłynął z dużym opóźnieniem najstarszy uczestnik pływania przez Wisłę Marek Oborski. Przyczyną był mocny skurcz, który złapał go w nogę. Jego koledzy musieli masować mu mięsień w wodzie, ażeby mógł w ogóle dopłynąć. Z rąk sekretarza generalnego WOPRu Wojciecha Plóciennika każdy z nas otrzymał puchar, upamiętniający ten dzień, jak i też dyplom.
 
Nasze pływanie wpław przez Wisłę cieszyło się wśród polskiej publiczności wielkim zainteresowaniem i miało duży oddźwięk. Ogromnie mnie to cieszyło. Udało mi się coś, co mogło mieć decydujący wpływ na założenie „Klubu Morsów“ w Warszawie. Największy polski dziennik „Express Wieczorny“ napisał o tym 3 stycznia 1972 roku:
„To był dopiero początek interesującego spektaklu. Dlaczego by miała być Warszawa gorsza niż Praga, Moskwa, albo Budapeszt? Zawsze na Nowy Rok będziemy w południe organizować taki sam wyścig u nas. Proponujemy, żeby już teraz podobny klub założyło Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe w Warszawie.“
 
Tygodnik „Sztandar Młodych“ wydrukował wypowiedź prezesa WOPR W. Płóciennika:
„Nie spodziewałem się, że pomysł Wacława Zidka cieszył się będzie takim oddźwiękiem. Zgłosiło się około czterdziestu ochotników. Musieliśmy jednak zastosować srogie warunki selekcji. Dlatego było w tym roku tylko dwóch pływaków. Sądzę jednak, że w przyszłym roku, kiedy na czas rozpoczniemy propagandę, zainteresowanych będzie o wiele więcej. Pływanie zimą ma wiele dobrych stron. Wierzymy, że w przyszłym roku pływanie będzie, i jeszcze bardziej okazałe. Niech zostanie kamieniem węgielnym pierwszego „Klubu Morsów“ w Warszawie.“
 


 text © Václav R. Židek, 3.9.2006
 foto © z archivu V.R.Židka

Na język polski przetłumaczył Zbyněk Slavětínský