|








|
Ponad 35 lat temu, prawie regularnie, jeździłem
przed Bożym Narodzeniem wraz z żoną Elżbietą do jej rodziców, którzy mieszkali w
Warszawie. Podobnie było w roku 1971. Tym razem było jednak trochę inaczej! Ja w
Warszawie, prascy i inni pływacy w Wełtawie! Trochę mi było żal, że nie wezmę
udziału w memoriale Alfreda Nikodema, założyciela praskiego „Klubu Morsów”.
Wpadłem jednak na pomysł uczcić go tam, gdzie w tym czasie będę, to jest w
Warszawie.
Zanim jednak
wyjechałem z Pragi, poprosiłem trenera Oldrzicha Liszkę o zgodę. Nie był temu
pomysłowi przeciwny i zgodził się. W Warszawie miałem jednak z pływaniem trochę
kłopotów. Nie wiedziałem, jakie są w Polsce możliwości, jeżeli chodzi o pływanie
amatorskie, jak i kiedy będę trenować i.t.d. Pierwszy raz popływałem sobie 18
grudnia 1971 roku w jeziorku Na hlinkách, w zatopionym dole po wydobyciu gliny.
Jeszcze przedtem żona ostrzegała mnie, że hartowanie się nie jest w Polsce aż
tak dobrze znane, i że bez „asysty“ policji to się nie obejdzie. No i miała
rację!
Przywołany patrol
polskiej policji nie okazał żadnego zrozumienia dla mojego hobby. To miało wpływ
na liczbę widzów, których w ciągu chwili zebrało się wokół kamieniołomu
kilkadziesiąt. Rozmowa ze stróżami porządku była dla mnie nieprzyjemna i
niezrozumiała. Nie znali hartowania się i pływania zimą, nigdy nic o tym nie
słyszeli. Jeden uznał moje poczynania za nienormalne i mnie nazwał wariatem,
przy czym stwierdził, że to, co ja robię, nie ma nic wspólnego ze sportem.
Szczytem było, że za publiczne zgorszenie i za kąpiel w miejscu zabronionym
ukarali mnie mandatem w wysokości stu złotych, którego zapłacenia odmówiłem.
Po tym zajściu z warszawską
policją podzieliłem się moim pomysłem przepłynięcia Wisły wpław w warunkach
zimowych z redakcją polskiego tygodnika „Sportowiec“. Redakcja ta z nadzwyczajnym
zainteresowaniem przejęła patronat nad całą akcją i bez długich namysłów
zaprosiła do współpracy redakcje dzienników „Express Wieczorny“ i „Sztandar
Młodych“, jak i też polską telewizję, i poprosiła Wodne Ochotnicze Pogowie
Ratunkowe o zapewnienie bezpieczeństwa. Jego komendant kapitan Janusz
Tomaszewski przydzielał mi na każdy trening dwóch mężczyzn z łodzią jako
eskortę. Podług warszawskich przepisów dotyczących rzek nie wolno było wstępować
do wody poza wyznaczonymi kąpieliskami.
Na tydzień przed
umówionym startem opublikowano w nadmienionych dziennikach wezwanie do polskich
sportowców, ażeby wzięli udział w noworocznym pływaniu. Zgłosiło się ponad
czterdziestu, ale po sprawdzianie sportowym i badaniach lekarskich pozostało
tylko dwóch: trzydziestosiedmioletni Marek Oborski, mechanik telewizyjny i
ochotniczy ratownik rzeczny, i osiemnastoletni uczeń technikum ekonomicznego
Benedykt Ryszawa.
Nadszedł
niecierpliwie oczekiwany dzień 1 stycznia 1972 roku! Czerwona rakieta rozpoczęła
punktualnie w południe warszawską premierę noworocznego pływania w poprzek Wisły.
Wszyscy trzej niedaleko plaży rekreacyjnej zanurzyliśmy się w fale trzy stopnie
ciepłej Wisły, ażeby zostać pierwszymi, którzy ją przepłyną w warunkach zimowych.
Flotyla łodzi zabezpieczających ruszyła wraz z nami pływakami w kierunku
przeciwległego brzegu. Członkowie rzecznego pogotowia ratunkowego w łodziach
wiosłowych ubrani byli w ciemnoniebieskie dresy z czerwonymi lampasami, na
głowie mieli czapki koloru pomarańczowego. Za dwoma łodziami płynęła motorówka
policji rzecznej, za nią parowiec „SMK-75“ z organizatorem i starterem kpt.
Januszem Tomaszewskim na pokładzie. Dystans całego pływania wynosił sześćset
metrów. Płynęliśmy stylem klasycznym z głowami nad wodą, w układzie trójkąta, ja
na przodzie, bo byłem gościem. Samochody i tramwaje na moście Poniatowskiego
stanęły w tej chwili, tłumy stały przy samych poręczach. Kilka tysięcy, po nocy
sylwestrowej niewyspanych warszawian, chciało zostać świadkami tej niecodziennej
imprezy.
Kiedy po chwili
spojrzałem wstecz, zobaczyłem, że polscy koledzy nie dotrzymują tempa, w którym
rozpoczęliśmy pływanie. Po kilku następnych metrach pozostali w tyle. Na chwilę
przerwałem pływanie, ale prędko płynąca woda zaczęła mnie znosić. Ażeby mnie nie
zniosła na kilkaset metrów od celu, musiałem dalej płynąć. Szybkimi ruchami
ramion starałem się dopłynąć prosto do brzegu. Kiedy się znajdowałem pod mostem
Poniatowskiego, zagrzmiał krzyk i brawa. Popłynąłem pod pierwszym łukiem mostu,
wzdłuż chłodnej ściany nośnego filaru mostowego, zarośniętego śliską rzęsą wodną.
Widzowie przenieśli się z jednej strony na drugą i kawałek dalej, już w porcie
dla parowców, był cel naszego pływania. Nie udało mi się do niego dopłynąć, bo
rwący prąd zniósł mnie o dziesięć metrów niżej.
Nie byłem jeszcze
daleko od brzegu, kiedy udało mi się stanąć na kamieniach dna i utrzymując z dużym
wysiłkiem równowagę doszedłem do brzegu. Dolna część brzegu była pusta, mogłem
więc tylko pójść w towarzystwie fotoreporterów do celu przy kamiennych schodach
portu, gdzie oczekiwała mnie rodzina.
Na brzegach i na
moście przez cały czas pozdrawiały nas tłumy widzów, przy huku zielonych rakiet,
które strzelano z parowca dowódcy. Jako drugi przypłynął najmłodszy uczestnik
Benedykt Ryszawa. Jako trzeci i ostatni dopłynął z dużym opóźnieniem najstarszy
uczestnik pływania przez Wisłę Marek Oborski. Przyczyną był mocny skurcz, który
złapał go w nogę. Jego koledzy musieli masować mu mięsień w wodzie, ażeby mógł w
ogóle dopłynąć. Z rąk sekretarza generalnego WOPRu Wojciecha Plóciennika każdy
z nas otrzymał puchar, upamiętniający ten dzień, jak i też dyplom.
Nasze pływanie wpław
przez Wisłę cieszyło się wśród polskiej publiczności wielkim zainteresowaniem i
miało duży oddźwięk. Ogromnie mnie to cieszyło. Udało mi się coś, co mogło mieć
decydujący wpływ na założenie „Klubu Morsów“ w Warszawie. Największy polski
dziennik „Express Wieczorny“ napisał o tym 3 stycznia 1972 roku:
„To był dopiero początek interesującego spektaklu. Dlaczego by miała
być Warszawa gorsza niż Praga, Moskwa, albo Budapeszt? Zawsze na Nowy Rok
będziemy w południe organizować taki sam wyścig u nas. Proponujemy, żeby już
teraz podobny klub założyło Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe w Warszawie.“
Tygodnik „Sztandar
Młodych“ wydrukował wypowiedź prezesa WOPR W. Płóciennika:
„Nie spodziewałem się, że pomysł
Wacława Zidka cieszył się będzie takim oddźwiękiem. Zgłosiło się około
czterdziestu ochotników. Musieliśmy jednak zastosować srogie warunki selekcji.
Dlatego było w tym roku tylko dwóch pływaków. Sądzę jednak, że w przyszłym roku,
kiedy na czas rozpoczniemy propagandę, zainteresowanych będzie o wiele więcej.
Pływanie zimą ma wiele dobrych stron. Wierzymy, że w przyszłym roku pływanie
będzie, i jeszcze bardziej okazałe. Niech zostanie kamieniem węgielnym
pierwszego „Klubu Morsów“ w Warszawie.“

text © Václav R. Židek, 3.9.2006
foto © z archivu V.R.Židka
Na język polski przetłumaczył Zbyněk Slavětínský
|